MÓJ PORÓD ODBYŁ SIĘ NA STOJĄCO
Wiem, że z Was jest ciekawa jak to wszystko wyglądało. Z resztą.. Sama chcę bardzo o tym napisać, bo to nie był taki zwykły poród.
Z czystym sumieniem mogę napisać, że był lżejszy niż cała ciąża.
Czy bolało? Zależy co, ale nie był to ból nie do zniesienia.
Wiem, że nie każda z Was może pozwolić sobie, by rodzić w taki sposób.
A więc od początku.
Zdecydowaliśmy się na poród rodzinny :) Byłam ja i K. Wiedziałam, że sama tego nie pociągnę.
Może nie fizycznie, ale psychicznie. Potrzebowałam kogoś, kto potrzyma za rączkę i będzie mnie dopingował.
No i tak było.
Do szpitala trafiłam już przeterminowana. Na początku grozili mi cesarką, bo niby dzidzia miała ważyć ponad 4 kg. Pogodziłam się z tym. Nastawiłam się na cięcie cesarskie. Jakie było moje zdziwienie, gdy po USG w szpitalu okazało się, że Lila waży 3800-400 i cesarka nawet nie wchodzi w grę. Więc znowu leżąc w szpitalu musiałam przestawić się na ten poród naturalny. A to wcale nie było takie łatwe...
Co rusz słyszałam kobiety rodzące. Byłam przerażona ich krzykami. Nie chciałam rodzić. Moja psychika wykańczała się krzykami obcych kobiet.
Druga noc w szpitalu była niespokojna. Nie mogłam spać. Coś ciągle mnie męczyło. I wtedy o 5 rano pojawił się pierwszy skurcz. To znaczy.. tak mi się wydaje. Ścisnęło mnie w dole, ale nie bolało. Poszłam na KTG, a położna od razu powiedziała, żebym przygotowała się na najgorsze, bo się zaczyna.
O 7:30 zadzwoniłam po K. Wysłali nas pod prysznic i kazali się rozluźnić pod ciepłym strumieniem wody. Wtedy czułam chyba najgorsze skurcze, ale były minimalnie gorsze od tych miesiączkowych.
Około 10 trafiłam już na porodówkę. No i tu się zaczęło.. Pierwsze badanie rozwarcia. To bolało. To bolało jak cholera, ale nie będę tego opisywać, bo podejrzewam, że właśnie coś jesz :)
Położna przyniosła piłkę gimnastyczną i butlę z gazem rozweselającym.
I tak sobie siedzieliśmy z K. Ja na piłce jak naćpana kołysząc biodrami, a on z tyłu na krześle trzymając mnie, żebym nie odleciała. Pamiętam latające gołębie za oknem. Bardzo mnie wtedy interesowały haha :D
Uraczyli mnie też połową dawki paracetamolu. Myślę, że to nic nie zmieniło :)
Co jakiś czas miałam te cholerne badanie rozwarcia, które było najboleśniejsze z całego porodu.
Około 11 odeszły mi wody no i wtedy zaczął się hardcore :)
Już nie posiedziałam sobie na piłce, o gazie rozweselającym nie było mowy. Co ciekawe na łóżko też się nie położyłam.
MÓJ PORÓD ODBYŁ SIĘ NA STOJĄCO.
K. złapał mnie pod pachami, a ja na każdy skurcz musiałam przeć i robić przysiad.
No i właśnie.. czy to bolało? Delikatnie. Myślę, że większy wysiłek musiał włożyć w to mój partner niż ja (Utrzymać mnie pod taką adrenaliną, ważącą tyle co małe słoniątko- szacun).
Było to bardzo łatwe, bezbolesne, a nawet można powiedzieć przyjemnie w porównaniu do tego co mi opowiadali. Gdy tylko położna powiedziała, że widać już włosy, musiałam położyć się na to cholerne łóżko, by ona zrobiła całą procedurę (nacięcie, wyjęci etc.)
No i tak wyszła Lila. Wyszła? Nie.. ona dosłownie wypłynęła :)
Cały poród był tak łatwy i na pewno przyjemniejszy niż ostatnie dwa miesiące ciąży.
Najważniejsze było wsparcie. Myślę, że to ułatwiło sprawę. On we mnie wierzył i czekał na dzidzię tak jak ja. To sprawiło, że poczułam się superwoman- mogę wszystko. Wiem, że inne kobiety mają porody kilkunasto godzinne.
Nie wiem czy to, że nie czułam bólu jest sprawą mojego wysokiego progu bólu czy po prostu tak podziałała adrenalina. A może i to i to.
Jeśli będziecie miały wsparcie to zaproponujcie poród w pozycji wertykalnej. Na pewno pójdzie szybciej i mniej boleśnie.
Pamiętajcie, że mimo tego wszystkiego co przechodzicie, na koniec pojawia się Wasze największe szczęście i zapomnicie o wszystkim. O całym bólu, płaczu i krzyku. Teraz będzie liczyło się już tylko dziecko.
(Ah.. i nie ciągnijcie partnera na siłę na porodówkę. Faceci są słabi i nie każdy jest to w stanie znieść psychicznie. Lepiej urodźcie same niż by mieli wynosić go nieprzytomnego z porodówki:) )
J.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz